Manga · PierwszeWrażenia

Blue Heaven – pierwsze wrażenia

Ogromny liniowiec Blue Heaven, po brzegi wypełniony wszelkimi rozrywkami, pruje przez fale oceanu. W pewnym momencie uwagę załogi zwraca niewielki dryfujący statek. Pomiędzy kapitanem a właścicielem statku dochodzi do sprzeczki. Ofiarować (być może bezcenną w tych warunkach) pomoc, czy zignorować wycieńczoną załogę, zmienić kurs i odpłynąć oszczędzając sobie możliwych problemów? Humanitaryzm wygrywa, ale już wkrótce cała załoga przekona się, że dobre uczynki nie popłacają.

JPF ostatnimi czasy stał się wydawnictwem, które z ofertą dla starszej części rynku znacznie wyprzedza konkurencję. Właśnie z myślą o tych podstarzałych fanach zapoczątkował serię seinen, która wystartowała wraz z horrorem Another, a teraz, przy okazji Pyrkonu, miała miejsce przyśpieszona premiera już drugiej mangi z tej serii wydawniczej, czyli Blue Heaven Tsutomiego Takahashi. Historia została zbudowana wokół fikcyjnych wydarzeń, które miały miejsce po uratowaniu rozbitków z bezimiennego kutra. Wkrótce, zaledwie kilka godzin później, załoga statku doświadcza pierwszych konsekwencji tego – jakby nie spojrzeć – szlachetnego czynu. Są pierwsze ofiary.

Z powodu braku jakichkolwiek dreszczowców wśród wydawanych obecnie mang, ten tytuł z pewnością ucieszy fanów gatunku, choć każdy, kto szuka w historii pewnej dozy napięcia bądź akcji z pewnością nie będzie rozczarowany zakupem. Muszę jednak przyznać, że tytuł ma swoje wady, które – mam wrażenie – poważnie mogą wpłynąć na dalszą historię. Nie ujawniając wam ważnych zwrotów akcji i szczegółów, zdradzę tylko, że pewne rozwiązania wprowadzone przez autora oraz budowa postaci  znacznie szkodzą komiksowi. Takanashi dość nierozważnie wykreował postacie miliardera i jego upośledzonej na ciele i umyśle rodziny. Kiedy jeszcze na początku tomiku uważałem go za postać pełną grozy i zła, którą to formę namacalnej postaci przybierze w późniejszych tomach, to na ostatnich kartach to wrażenie gdzieś uleciało. Wprowadzenie pod koniec pierwszego tomu postaci jego syna uważam za zbędne, ale tego jak zamierza ją wykorzystać autor dowiemy się dopiero przy okazji lektury kolejnych tomów. Obawiam się jednak, że po wprowadzeniu tej postaci, tytuł stanie się himerą gatunków, przez co rasowy thriller, którym manga mogła z powodzeniem być, zostanie zdławiony przewidywalną historią akcji. Oczywiście według wszystkich prawideł gatunku, nie mogło się obyć bez tego dobrego, w tym przypadku, szefa ochrony i byłego policjanta – Yukinobu Sano. Obawiam się, że całość dąży po dość prostej, przewidywalnej linii do równie przewidywalnego zakończenia, ale to się okaże dopiero na ostatnich kartkach ostatniego tomu. Choć zdaję sobie sprawę z tego, że jest to wadą tylko dla tych, którzy oczekują od tego tytułu klasycznego thrillera.

Kreska, którą rysownik obdarzył mangę jest dość ciekawa i wspaniale współgra z historią. Kadry rzadko kiedy świecą białym tłem, a przestrzenie są w znacznej większości zgrabnie wykorzystane i zapełnione rysunkiem ciężkim i sugestywnym. Postacie są rysowane grubymi ołówkami, a włosy, ubrania i wszelkie czarne obszary są malowane jakby pędzlem i tuszem, co daje świetny efekt końcowy. Styl mangaki jak i fabuła, którą stworzył, zgrabnie ze sobą współgrają – są jakby wzajemnym odbiciem zamysłu autora w dwóch różnych elementach jego dzieła.

Co do polskiego wydania to JPF utrzymuje swój stale dobry poziom. Tomik rozchyla się łatwo, a gramatura papieru jest przyjemna. Druk wyraźny, a czerń czarna co, zwłaszcza w tym przypadku, kiedy rysunek jest ciemny i często opiera się na kontraście pomiędzy bielą a czernią, jest niezwykle ważne. Pierwsze cztery strony są kolorowe i lakierowane, co daje bardzo ładny efekt z błękitami, które zdecydowanie na nich przeważają. Obwoluta jest błyszcząca, ale niestety znalazłem na niej dość poważną wadę, czyli przesunięcie się grzbietu kilka milimetrów w prawo. Sądzę, że nie jest to jedynie wada mechaniczna z winy drukarni, a nieprawidłowe umiejscowienie warstwy z przesuniętymi elementami w pliku graficznym. Sądzę tak, ponieważ grzbiet pod obwolutą, na okładce, spotkał podobny mankament. Jeszcze jedną poważniejszą wadę, którą zauważyłem, jest typografia – a mianowicie dobór czcionek użytych w tym tytule. O ile jeszcze font, którym są napisane dialogi jest całkiem niezły (choć osobiście za nim nie przepadam), to zmiana jednej czy dwóch z tych użytych w onomatopejach ze standardowego zestawu używanego przez JPF, na jakieś bardziej pasujące do kreski, zdecydowanie by pomogła w odbiorze. Co do tłumaczenia to Pan Dybała już od pewnego czasu trzyma pewien poziom i także tym razem nie zszedł poniżej tego, do czego nas przyzwyczaił, czyli dobrego, rzetelnego tłumaczenia. Jednak pomimo swojej opinii, nie uchronił się od pewnego drobnego, ale dość mnie irytującego błędu. Mam na myśli opisanie dźwięku prującego fale oceanu liniowca jako „pluuuusk”. Jestem przekonany, że każdy z Was słyszał kiedyś (jeśli nie w naturze to w telewizji) dźwięki morza, fal uderzanych w ląd lub falochron. Dźwięk ten nie przypominał pluskania, prawda?  Piszę błędu, ale zdaję sobie sprawę, że zarówno tłumacz jak i korekta byli świadomi tego co robią i widocznie stwierdzili, że to najlepsze rozwiązanie. Niestety, ale to rozwiązanie mnie nie przekonuje.

Pomimo kilku elementów w historii, które według mnie bez większych trudności można by zmienić na lepsze i drobnych niedoskonałości wydania (zresztą które zauważą tylko fetyszyści), manga wydaje się być ciekawym tytułem dla spragnionych pozycji dla starszych. Osobiście już wyczekuję kolejnych tomów.

Daminox

Wrażenia spisane na podstawie tomu pierwszego.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s