Manga · Recenzja

Atak Tytanów #1

ok_atak_tytanow_01Atak Tytanów – z japońskiego Shingeki no Kyojin – to manga, na którą wielu czekało, a jeszcze więcej ludzi się jej spodziewało. Ten znany z odpychającej kreski komiks został wydany pod szyldem wydawnictwa J.P. Fantastica, ku uciesze młodzieży w powiększonym formacie i za nie tak znów wygórowaną cenę. Swój tomik dostałam niestety dość późno, stąd też recenzja długo po wszelkich dyskusjach o pierwszym tomie. Na wyrażenie własnej opinii na szczęście nigdy nie jest za późno.

107 lat temu ludzkość zmierzyła się z nieznanymi dotąd istotami. Kształtem przypominają człowieka, nie są jednak dla naszej rasy przyjaciółmi. Nieprzygotowani na taki obrót wydarzeń ludzie zostali w większości przez tytanów pożarci. Przerażony człowiek zbudował mury i schronił się za nimi, oddając niemal cały świat w ręce swojego przeciwnika. Przez ponad wiek rasa ludzka wiodła spokojne życie, bezpieczna w swoim azylu. Te beztroskie czasy musiały się jednak kiedyś skończyć…

„Tamtego dnia ludzkość przypomniała sobie, jak upokarzające jest bycie uwięzionym w klatce… Jak przerażające jest życie w świecie opanowanym przez NICH…”

Te patetycznie brzmiące słowa z pierwszej strony mangi to właśnie początek fabuły. Pod murami pojawia się wyjątkowo duży tytan, sięgający wzrostem ponad 50 metrów – a tyle właśnie mierzy zewnętrzny mur, za którym kryją się nasi bohaterowie, nota bene jeszcze dzieci. Ludzie uciekają i próbują ratować swoje życia, miasto jest jednak nie do odratowania, co skutkuje mnóstwem ofiar. Najważniejsze postaci, oczywiście, atak przetrwały. Ta grupa młodych, odważnych ludzi, decyduje się wyszkolić i wstąpić do wojska, by bronić ludzkość przed, teraz już nie tak odległymi, tytanami. Mury okazały się niewystarczające, a to oznacza powrót krwawej wojny.

Ciężko mi coś powiedzieć o bohaterach. Tym pierwszoplanowym jest Eren Jeager, porywczy, ale zdecydowany młody człowiek, pełen odwagi i z jasno określonymi zasadami. Wydaje się być typowym, głośnym protagonistą typowego shounena – ot, ktoś, kto ma poprowadzić fabułę. Towarzyszy mu Mikasa Ackermann, rozsądna i silna dziewczyna, z którą Eren wychowywał się w jednym domu, oraz Armin Arlert, inteligentny i nieco wątły chłopak. Wydają się być dość mało złożeni, ale też nie są czystą białą kartką – jeśli autor zadba o odpowiedni rozwój postaci możliwe, że wczucie się w ich losy stanie się mniej odległą wizją.

Do polubienia bohaterów na pewno nie zachęca sposób, w jaki są narysowani – bo niestety, ale pogłoski o odpychającej kresce nie biorą się znikąd. Absolutnie nie dziwi mnie zjawisko porzucania tej historii ze względu na jej oprawę wizualną – postaci często wydają się krzywe a z oczu po prostu dziwnie im patrzy – możliwe, że jest to słaby punkt autora. Zadbał za to o tła, których co prawda nie mogę nazwać ładnymi,  za to faktycznie wypełnił je rysunkami a nie pozostawił puste, jak często się to zdarza innym autorom. To, co się Hajime Isagamie udało, to tytani – widząc ich szczerze zwątpiłam w jego brak zdolności rysowniczych i ostatecznie nie mam pojęcia, czy po prostu jego umiejętności są tak dziwnie wybiórcze, czy przy rysowaniu ludzi jest zwyczajnie leniwy. Tytani wyglądają bowiem wręcz wzorowo.

W polubieniu mangi nie pomaga też język, który bywa sztywny i niezbyt naturalny. Wydaje mi się, że sposób, w jaki wyrażają się bohaterowie, nie jest odpowiedni dla codziennych, nieplanowanych wcześniej wypowiedzi. Nie wiem jednak na ile jest to problem języka, jakim posługiwał się autor, a na ile tłumaczenia pana Dybały, który dotąd spisywał się wzorowo. Jak jednak mogę uznać nieco bardziej staranne wypowiedzi oczytanego i bardzo inteligentnego Armina za uzasadnione, tak w ustach Erena brzmią dla mnie po prostu sztucznie.

Wydanie JPF-u jest wydaniem powiększonym, co oznacza większy format. Obwoluta wygląda przejrzyście i umieszczone na niej rysunki w kolorze prezentują się nawet ładnie, wręcz kontrastowo wobec tych w środku tomiku. Logo zostało dobrze dopasowane do grafiki, bardzo spodobała mi się czcionka dobrana do japońskiego podtytułu i nazwiska autora. Papier, jakiego użyło wydawnictwo, jest przyjemny w dotyku i druk nie prześwituje. Graficy świetnie poradzili sobie z onomatopejami.

Moje ogólne wrażenia można streścić bardzo krótko – zapowiada się kolejny tasiemiec z dość obiecującą fabułą i okropną kreską. Historia jest na tyle ciekawa, bym była w stanie tej mandze wybaczyć nieprzyjemną oprawę wizualną, żywię jednak szczerą nadzieję, że autor rozwija się w tym kierunku i będzie można zobaczyć jakąś poprawę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s