Recenzja

Zrywa się wiatr – ostatni film Miyazakiego

Niestety rzadko mamy okazję obejrzeć na dużym ekranie jakąś dobrą, japońską animację. Co tu dużo mówić, anime nie jest popularne. Pierwsze pokolenie, które ma szansę udźwignąć tak walutochłonny rynek, dopiero wyrasta. Więc kiedy dostałem okazję – pierwszą od długiego czasu – obejrzenia na dużym ekranie anime, nie mogłem nie skorzystać. Jednak nie będę marnował słów na niepotrzebny wstęp, bo ucieka mi coś znacznie ważniejszego – wrażenia wyniesione z tej niezbyt dużej, kinowej sali.


Od czego miałbym zacząć pisząc recenzje Zrywa się wiatr? Od muzyki? Obrazu? A może od historii? Nie wiem, każdy element był wspaniały, więc żaden nie ma prawa pierwszeństwa. Hayao Miyazaki jest czarodziejem kina. Wyrobiłem sobie o nim takie zdanie już przy moim pierwszym spotkaniu z jego twórczością. Było to całe lata temu i można by teraz zadać pytanie, czy się to coś co czyni człowieka artystą nadal w nim tkwi. Według mnie – oczywiście, że tak jest.

05

W tym filmie nie znajdziemy wartkiej akcji z wieloma pociętymi dla dynamiki scen. Historia nieśpiesznie posuwa się do przodu, opowiadając historię Jiro Horikoshiego – projektanta Mitsubishi A6M Zero, jednego z najsłynniejszych japońskich samolotów, używanego w trakcie II Wojny Światowej – także w ataku na Pearl Harbor, gdzie piloci zostali wysłani, by w większości już nie wrócić. Miyazaki jest w pewien sposób monotematyczny. Żartuje się, że jego filmy są na przemian ekologiczne i antywojenne – tym razem trafiło na drugą możliwą opcję. 😉 Jednak nie jest to główną osią fabuły. Jest nią sam Jiro, którego życie poznajemy od czasu, kiedy był dzieckiem i marzył o lotach w przestworzach. Niestety jego słaby wzrok mu na to nie pozwolił, więc cały swój wysiłek włożył w zdobycie umiejętności inżyniera samolotów. Tytuł Zrywa się wiatr jest powtarzany wielokrotnie w różnych sytuacjach i można go było odbierać na kilka sposobów, w tym także jako zwiastun wojny. Miyazaki wiele razy powraca do tego wątku, ale nigdy go nie rozwija. Mimo to cały film jest ewidentnie pacyfistyczny, co biorąc pod uwagę postać, którą autor wziął na warsztat może dziwić, ale sądzę, że Miyazaki celowo wybrał sylwetkę tego konstruktora, by coś nam przekazał.

Od strony graficznej… No cóż, Ghibli nie ma brzydkich filmów. 😉 I tym razem kreska – oraz animacja – są najprościej mówiąc piękne. Artyści wyjątkowo starannie wywiązali się z rysowania wiatru i tego co robi z dymem, popiołem czy jakimikolwiek poddającymi się mu przedmiotami. Ale to nie tylko wiatr, cały film wypełniały miłe dla oczu smaczki takie jak rozedrgane cienie rzucane przez latarnię. Woda też była piękna.

Muzyka w filmach Miyazakiego nigdy nie dominuje nad obrazem, nie jest epicka. Kiedyś słyszałem, że dla dźwiękowca największą pochwałą jest to kiedy mówi się, że muzyka nie zapadła nam w pamięć. I w Zrywa się wiatr tak właśnie było, chociaż nie powiem, że zupełnie jej nie słyszałem. Jednak była idealnie wkomponowana w obraz, a jednocześnie oryginalna i z domieszką melancholii. W pamięci szczególnie utkwił mi motyw przewodni filmu, przy którym na samym końcu seansu uroniłem łezkę lub dwie.

55

Miyazaki w Zrywa się wiatr znowu pokazuje swoją duszę. Odcisk jego poglądów jest wyraźnie widoczny. Dziwić może wybór na głównego bohatera właśnie tej persony, która stworzyła broń, będącej powodem śmierci rzeszy ludzi. Ale ten wybór coś nam mówi. Być może jest to próba rozprawy Japończyka z historią jego kraju, która w pewnym okresie, delikatnie ujmując, miała niezbyt romantyczny odcień czerwieni. W samej postaci Jiro czujemy także duszę Japonii, jej pracowitość, poświęcenie. Z pewnością warto obejrzeć ten film, choćby  tego powodu, że próbuję coś wytłumaczyć, usprawiedliwić, a w japońskiej animacji ten temat – zgaduję – nie był poruszany zbyt często. Zresztą poza nią też nie.

03

Advertisements

3 thoughts on “Zrywa się wiatr – ostatni film Miyazakiego

  1. Jestem, jestem, już ogarnęłam się po Sylwestrze i komentuje 😀
    Ghibi na dużym ekranie to coś, co trzeba w życiu przeżyć *__* Dla mnie Zrywa się wiatr był drugim takim przeżyciem (po Ruchomym Zamku Hauru) i oj, warto było!
    Historia była wspaniała – nie tylko dlatego, że Ghibi, po prostu, takiego rodzaju biografię lubię – historie ludzi z Marzeniem. Wraz z grozą budzącej się wojny tworzy się wspaniały, acz budzący niepokój obraz międzywojennej Japonii. Choć, w porównaniu do innych historii tego studia, tutaj grafika wyszła dość prosto. Wciąż świetnie i pasująco do historii, ale widać, że nie starano się za wszelką siłę pokazać ile możliwości tkwi w studia, jak choćby to robiono przy Spirited Away (choć scena trzęsienia ziemi… majestrzyk!).

    Tylko pozwól, że się przyczepię do recenzji – niestety widać, że nie przeszła korekty 😛 Brakuje też ostatniego akapitu z podsumowaniem wszystkiego No i może trochę więcej obrazków? Obrazki są fajne 😀

    Ps. Piszcie częściej, co?

    Lubię to

    1. No niestety z korektą tak to bywa, że czasem jest, a czasem jej nie ma;) Ale postaram się nadrobić wszelkie zgrzyty. Co ciekawe gdzieś był ten ostatni akapit…

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s