Uncategorized

Magi, labirynty i inne ruiny

Przepis na shounen jest krótki i niektórym znany. Weź głównego bohatera, który wybija się ponad przeciętność, a przy okazji niewiele rozumie z tego, co się wokół niego dzieje. Kilku towarzyszy (czyt. nakama), którzy wyruszą z nim w podróż po coś wartościowego, a co jednocześnie jest trudne do zdobycia (może to być jakieś wysokie stanowisko w rodzinnej wiosce lub pojedynczy kawałek czegoś niesprecyzowanego, co sprzyja tworzeniu fanowskich teorii spiskowych). Potem kilka towarzyszek (czyt. nakama) umilających czytelnikowi ponowne przeglądanie mangi i sprzyja tworzeniu przezabawnych sytuacji komediowych. A, no i umieszczenie świata przedstawionego w jakiejś rzeczywistości nawiązującej do legend, baśni, popkultury. Przy czym ważne jest, aby nie małpować po innych autorach mang shounen. Na przykład nagannym byłoby zrobienie czegoś z ninja, shinigami, piratami, magami. Tutaj trzeba zadać sobie pytanie: czego jeszcze nie było? Hmm… W takiej chwili warto się rozejrzeć po pokoju i zatrzymać wzrok na półce z książkami, które się za młodu kartkowało. Baśnie tysiąca i jednej nocy? Było? Nie było. Zaczynamy.

Magi. The labirynth of magic  to na dobrą sprawę druga większa manga pani Shinobu Ohtaka, wcześniej stworzyła jeszcze dwunastotomową Sumomomo Momomo. Być może nazwa na to nie wskazuje, ale było to o sztukach walki, a konkretniej o sumo. Co mogłoby dobrze wróżyć recenzowanej mandze, bo jak wiemy, w shounenach ważne jest lanie się po pyskach. Niestety walki w Magi, mające, tak na marginesie, głównie komediowy wydźwięk, są krótkie i mało widowiskowe. Z relacji świadków wynika, że kolejne tomy mają przynieść ciekawsze potyczki, co zresztą zapowiadają także ostatnie strony pierwszego tomu, w co wierzę. Jednak jak do tej pory nie budziły we mnie drzemiących pokładów adrenaliny.

Postaci. Aladyn i Alibaba. Ten pierwszy, posiadacz zaczarowanej lampy z dżinem, który jest także jego najbliższym przyjacielem (uprzejmie przypominam, że to shounen). Drugi, ubogi chłopak z marzeniami i kręgosłupem moralnym. Ta dwójka, po zbliżeniu się, tworzy trzon całej mangi. Są niczym Roronoa Zoro i Luffy, Naruto i Sasuke, Natsu Dragneel i Gray Fullbuster. Czyli idealnie dobrana para wartych siebie bohaterów. Którzy, jak to przystało na im podobnych, tylko z innych mang, wybierają się w pełną przygód podróż po tytuł… to znaczy zdobyć One… nie, otóż nie, idą rabować tajemnicze, wynurzające się znikąd (to znaczy z ziemi) ruiny, z których zazwyczaj wraca niewielki promil co odważniejszych śmiałków. Zrozumiałym więc jest, że przy tym prawdopodobieństwie śmierci przyciągają one dziesiątki tysięcy żądnych wrażeń poszukiwaczy przygód i skarbów. Ja to rozumiem.

A co z rysunkiem? Z rysunkiem jest standardowo. Nie można powiedzieć, że jest bezbłędny czy ładny, czy cokolwiek. Jest dość standardowy dla tego gatunku. Robi po prostu robotę, którą ma w podobnych tytułach do zrobienia. Nie razi szpetotą, nie wywyższa się ponad znajome, podobne treściowo mangi. Mnie osobiście nie cieszy tylko to, że bliżej mu do dzisiejszej mody widocznej w mangowym rysunku. Chłopcy są ładni, postaci mają duże oczy i podobne przewinienia widoczne choćby w Pandora Hearts. Ale takie mamy czasy, więc trzeba się przyzwyczaić do tej maniery. Chociaż po wynikach sprzedaży wnioskuję, że jakiejś siódmej części moich czytelników nawet nie tyle, że przeszkadza, co cieszy to niebywale, więc cieszę się Waszym szczęściem (kropka nienawiści)

Czy ktoś będzie zadowolony z Magi? Z całą pewnością fani „nowej fali shounenów” mają tu czego szukać. Obok Fairy Tail, który miał premierę jeszcze na Pyrkonie, jest to jedna z ciekawszych z tego gatunku 2016 roku.

 

 

Reklamy

Jedna myśl na temat “Magi, labirynty i inne ruiny

  1. Ja tam się bardzo cieszę, że Magi u nas wychodzi, choć jeszcze nie miałam okazji kupić – nawet lepiej, od razu zgarnę dwa czy trzy tomy 🙂
    Oglądałam pierwszą serię anime w czasach, gdy wychodziła i mimo beznadziejnej jakości produkcji, bardzo podobał mi się świat przedstawiony, konstrukcja fabularna i bohaterowie, zwłaszcza bohaterowie. Potem zaprzyjaźniłam się z fanatyczną wielbicielką Aladyna, ale gdy się okazało, że z jej shipów nic nie wyjdzie, przerzuciła się na coś innego. Od niej jednak dowiedziałam się, że i mnie czeka kilka rozczarowań, no ale.
    Za to rysunki bardzo mi odpowiadają, zwłaszcza to, że Aladyn jest taki wesoły i uroczy i adoptowałabym go z chęcią.
    Tak, początek jest lekki i komediowy, ale prawdę mówiąc, ja za szczególną dramą czy poważnymi walkami nie tęsknię, jak w popkulturze szukam rozrywki 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s